Osiołkowi w żłoby dano

Napisane przez  Opublikowano w: Książki

Pierwsza z serii pięciu książek ks. Kazimierza Bednarskiego o parafii Ducha Świętego, dedykowana ks. biskupowi Ignacemu Jeżowi. Wydana w 1991 roku, obejmuje okres od powstania parafii (1980) do wizyty Jana Pawła II (1991). Książka składa się z trzech części. W pierwszej przedstawiono teksty ukazujące poszukiwania przez Autora życiowej drogi, rozterki temu towarzyszące, dojrzewanie do kapłaństwa i wreszcie ten najważniejszy wybór, tak sugestywnie opisany w kończącym tą część kazaniu prymicyjnym. Część druga obejmuje poezję religijną ks. Kazimierza Bednarskiego, kazania, dysputy na kontrowersyjne tematy m.in. o klerykalizmie, szkole wyznaniowej, refleksje nad najwłaściwszym modelem parafii. Część trzecia, to wybór tekstów z kroniki parafialnej z lat 1980-1981, wywiad z proboszczem stanowiący próbę podsumowania pierwszych dziesięciu lat istnienia parafii, wreszcie literacki opis spotkania z papieżem przy kościele Ducha Świętego w Koszalinie, 1 czerwca 1991 roku.

 

Osiołkowi w żłoby dano. Refleksje z lat 1966-1991. Koszalin 1991.


 

SPIS TREŚCI

  • Od redakcji

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

  • Kapłaństwo i budowa
  • Poezja religijna
  • Kazania
    • Panie, naucz nas modlić się
    • Otrzyjcie już łzy płaczący...
    • Adoracja Najświętszego Sakramentu
    • Warto dla jednej miłości żyć
    • I cóż nad Boga?!
  • Wieczory nie nad Lemanem
    • Klerykalizm a radość spotkania z Ojcem Świętym
    • Szkoły wyznaniowe
    • Model parafii dzisiaj
  • Kompleta

CZĘŚĆ TRZECIA

  • Parafia jak matka
  • Kronika parafii pw. Ducha Świętego
  • Po dziesięciu latach. Rozmowa z ks. proboszczem Kazimierzem Bednarskim
  • Spotkanie z Papieżem

 

 


CZĘŚĆ PIERWSZA


WPROWADZENIE

 

Kim jestem? Albo komu zawdzięczam to "Kim jestem"?! Takie poważne pytania zrodziły się w mojej głowie, kiedy odwiedziłem cmentarz parafii Brzeżnica n/Wartą. Tam spoczywają moi rodzice. Tata - Franciszek, zmarły w roku 1968 i mama - Stanisława, zmarła w 1990 roku. Mama była osobą bardzo zaradną, pracowitą i konsekwentną. Podziwiałem zawsze jej bardzo niebieskie oczy i zupełnie białe włosy. W ogóle jej twarz była dla mnie obiektem zachwytu i miłości. Tata był zupełnie inny. Refleksyjny, humanista w każdym calu, urodzony społecznik. Mama twierdziła, że jest kiepskim gospodarzem, mężem i ojcem, ale ludzie przez sympatię mówili do niego "wuja Franek". Znał świat (ponad dwadzieścia lat poza krajem), znał języki (rosyjski, niemiecki i francuski).

 

Co wziąłem od nich?! Co odziedziczyłem?! W jakiej cząstce mojego serca, moich myśli, moich uczynków, oni przemawiają, oni dalej się realizują?!

 

5 maja 1991 r. w pięknym budynku Biblioteki Wojewódzkiej w Koszalinie, odbyła się uroczystość wręczania nagród przyznanych przez PAX za działalność wychowawczo-duszpasterską i organiczną zgodnie z ideałami ks. dr Bolesława Domańskiego. W roku 1991 otrzymałem ją ja - ks. Kazimierz Bednarski, od dziesięciu lat mieszkający w Koszalinie. W czasie "artystycznym" prezentowanym dla licznie zgromadzonych Gości, próbowano podsumować mój dorobek literacko-wychowawczo-budowniczo-duszpasterski. Pierwszy raz ktoś zauważył, że liczy się moja praca nauczycielska, harcerska, sportowa i kapłańska.

 

Może to było powodem, że do zadawnionej przeszłości sięgnąłem bardziej odważnie i wydobyłem z lamusa, przeżycia tamtych lat...

 

przepraszam...

 

Radomsko, dwa 22.XII.1966 r.

Kochany Chłopcze!

Serdecznie dziękuję za urocze życzenia.
A ja, że nie wystarczają mi słowa zwięzłe, piszą list z życzeniami.
Życzę Ci, Kaziu, urzeczywistnienia Twych zamiarów, bo wiem, że będąc prawym człowiekiem, a entuzjastą z usposobienia, dopniesz celu wymarzonego. Pozwól jednak, że popróbuję sformułować, jakim chciałabym Cię widzieć:
Przede wszystkim kochającym ludzi, bo tylko z Miłości i zrozumienia rodzi się chęć do pracy, zaufanie do ludzi i siebie, efekty. Będziesz zapominał o sobie, a z samozaparcia zrodzi się umiłowanie cierpienia, bez którego nie wyobrażam sobie szczęścia. Musisz być szczęśliwym, abyś pogodę wokół siebie siał. Będziesz bardzo mądrym dzięki księgom, studiom i poznawaniu świata z autopsji, ale i uosobieniem skromności i dobroci.
Będziesz wreszcie istniał zespolony z Bogiem, co nie w nabożnym wyrazie twarzy ma się wyrażać, bądź w modlitewnie złożonych dłoniach, ale w ustawicznym zasięganiu Jego opinii co do postępowania, w ustawicznym zwierzaniu Mu treści każdej chwili życia, w nieustannym dziękowaniu za wszystko, co od Niego pochodzi, bo nawet zło, w naszym mniemaniu, spełnia istotną funkcję: czyni nas małymi, aby odrodzić w nas chęć dążenia do osiągnięcia piedestału boskości. Twe, jak wyrażam się, zespolenie z Bogiem wyzwoli z Ciebie chęć płacenia ludziom za obcowanie z Bogiem.
Bądź, słowem. Człowiekiem, który ponieważ więcej niż inni zrozumiał i odczuł, robi wszystko, aby ludzi zbliżyć do Boga.
A jeśli nawet Twoje marzenie, a moje gorące życzenie nie miałoby się spełnić, nie upadaj na duchu. Zamiar, który już obrałeś, najbliższy jest ideałom ukochanym przez Ciebie. Wiem teraz, bardziej niż kiedykolwiek, że gdybym była mężczyzną, zostałabym księdzem, a że jestem kobietą, więc robię wszystko, aby tę samą misję pełnić w zeświecczony sposób. Moje stwierdzenie wyrasta wprawdzie z 8-letniego pedagogicznego doświadczenia, ale czyż Ty już obecnie, po półrocznym stażu nie stwierdzasz, że nauczyciel jest swego rodzaju misjonarzem: musi zastąpić ojca, matkę, przyjaciela i wroga, musi przybliżyć te prawdy, których dziecku jeszcze nikt nie pokazał. Czy nie mam racji? I jeden i drugi zawód wymaga powołania.
Czyń więc, Kaziu, zgodnie z sumieniem Dobro bez względu na to, gdzie i jakie miejsce wyznaczy Ci Bóg w najbliższym roku.

Grażyna Sobczyk
- była nauczycielka języka polskiego
w Liceum Pedagogicznym w Radomsku

 


OSIOŁKOWI W ŻŁOBY DANO

 

"...o, to nie trwało krótko. Któż z nas łatwo oddaje się Bogu? Gdy nas zawoła, czynimy wzystko, aby odwlec godzinę poddania się. Jeszcze nie dziś, jutro... powtarzamy..." (1)

 

Jeszcze nie dziś, ale czy już jutro... czy naprawdę już jutro?!

 

- Coś nagle zrobiło się obok mnie głośniej i powróciła mi przytomność. Aha, zorientowałem się, że jestem w kaplicy, klęczę razem z innymi w ławce, a Ojciec Duchowny skończył czytać wieczornemodlitwy.

 

- Jak strasznie długo - pomyślałem. Spojrzałem na zegar stojący w rogu kaplicy, który właśnie krótko powiedział buuum, a wskazówki bezlitośnie pokazywały dwudziestą pierwszą.

 

- Czy zdążę wszystko zrobić do dwudziestej drugiej? Mam jeszcze wypisać słówka z czytanki angielskiej, napisać na maszynie kilka stron wykładu z dogmatyki i przemyśleć nad "wiecznym pamiętnikiem" ostatni tydzień.

 

Stuk, stuk, stuk - znowu spojrzałem przed siebie. Ojciec Duchowny odwrócony w naszą stronę błogosławił Najświętszym Sakramentem, a turyferarz (widocznie już rutyniarz, bo potrafił po trzy razy "stukać") ginął w niebieskawej chmurze kadzielnego dymu. Pokornie pochyliłem głowę i nie wiem czemu stanął mi przed oczami obraz z dawno przeczytanej książki, gdzie błogosławiący kapłan zwątpił w to co czyni, jego ręce przestały kurczowo zaciskać się na pozłacanej monstrancji i cały Majestat Boski zamknięty w tym co zrobione było artystyczną, misterną, ludzką pracą, rozprysnął się u jego stóp (2). Z ciekawości znowu podniosłem oczy, ale Ojciec stał już ponownie zwrócony do ołtarza, a organista podawał tony "Maryjo Królowo Polski". Jeszcze kilkanaście sekund poklęczałem, zupełnie odruchowo przerecytowałem "Nunc dimittis servum tuum Domine", wstałem, obszedłem ławki, jeszcze raz przed tabernakulum klęknąłem na obydwa kolana, podniosłem się i wyszedłem.

 

W pokoju zaraz przystąpiłem do pracy. Sięgnąłem po angielski, ale po namyśle odwróciłem porządek zajęć: najpierw maszyna do pisania, potem ciche notatki piórem, a już po dwudziestej drugiej - mycie.

 

Nigdy nie usypiam od razu. Pamiętam wskazówki Ryszarda Szurkowskiego, jakie podawał w odpowiedzi na pytanie odnośnie wysypiania kolarza, a zarazem i każdego sportowca. Jego zdaniem dobry sen, to warunek kondycji. Ale, aby dobrze spać i to w różnych miejscach i okolicznościach, trzeba mieć swój sposób. Jego metoda, to nieruchome trwanie przez kilkanaście minut w dogodnej dla ciała pozycji. Jednak nigdy nie udało mi się być Szurkowskim (nie tylko w zasypianiu ale i na rowerze), dlatego przyzwyczaiłem się do sposobu właściwego dla mnie. A ten polegał na swoistej kontemplacji. Tak było i dzisiaj. Ach, jaki byłem zmęczony. Pomimo to, siłą woli przywoływałem przed siebie obowiązki.

 

- Którą to dzisiaj miałem stację Drogi Krzyżowej do rozważania? We środę rozpoczynałem pierwszą, to dzisiaj jest czwarta: Spotkanie Jezusa z Matką.

 

A moja Matka!...

 

- Mamo, Ty dzisiaj z pewnością jeśli już nie pracujesz, to modlisz się za mnie. Pamiętam dobrze Twoje słowa: "Kocham cię takim jakim jesteś. I gdy zostaniesz księdzem będę cię kochała, ale gdy zrozumiesz, że urodziłam cię za słabym aby sprostać tej idei - odejdź. Wtedy też, a może nawet jeszcze bardziej będę cię kochała".

 

A ja Ci wtedy napisałem mamo tak fanatycznie, tak mocno dogmatycznie: Popatrz na czwartą stację Drogi Krzyżowej. Chrystus dźwiga krzyż. W pewnym momencie widzi, że wśród tłumów urągających Mu stoi Jego Matka. Jak bardzo pragnął pocieszyć Ją, jakże pragnął podbiec do Niej, otrzeć Jej łzy. Ja też pragnę abyś się Mamo uśmiechała, aby Twoje oczy były pełne zawierzenia i ufności. Ale pamiętaj, że nie mogę Cię więcej kochać niż On Ją kochał.

 

A On mnie powołał... a kiedyś powiedział, że kogo powoła, opuści ojca, matkę, a pójdzie za Nim...

 

Ale to było już dawno, trzy, czy cztery lata temu. Dziś nie napisałbym w ten sposób. Dziś, przyznałbym rację Twoim słowom.

 

Ale czy ta pozycja dzisiejsza jest naprawdę dojrzalsza i właściwa?!

 

*   *   *

 

Dzwonek...

 

Był taki czas, że wstawałem zawsze pierwszy. Chwytałem ciężarki i ćwiczyłem do siódmych potów, aby potem wymyć się w zimnej wodzie, ubrać i wyjść na świeże powietrze, zachwycić się ziemią, niebem i powiedzieć Bogu jednym zdaniem: Kocham Cię!

 

Ale to już było...

 

Dokładnie o piątej czterdzieści, czyli dwadzieścia minut po pierwszym dzwonku wstałem, odczułem swój ciągły ból głowy i żołądka, szybko jednak ubrałem się, umyłem i gdzieś tam na przedostatnim miejscu zamknąłem drzwi kaplicy.

 

Rozmyślanie...

 

Kiedyś, to znaczy wtedy, kiedy nie wiedziałem co to jest rozmyślanie, a jeszcze inaczej, wtedy gdy nie znałem warunków seminaryjnych, bardziej naturalnie potrafiłem uświadomić sobie, że skończył się dzień, a zaczyna noc, że mam dziękować Bogu za wszystko co się stało, że chcę widzieć siebie w ciągłym wzrastaniu, doskonaleniu, że w poczuciu własnej niemocy tak zupełnie spontanicznie proszę Boga o wspomożenie i błogosławieństwo...

 

Ale znowu "dziś" - to już nie wychodzi. Jak gdyby denerwuje i ogranicza schemat dzwonków, nakazów, a może i przekory?...

 

Myślałem jednak o oglądanym kiedyś filmie, na który poszedłem, bo recenzję miał "psychologiczną", a takie lubię. I to, co zobaczyłem nawet podobało mi się. Ona, która była i złodziejką, i prostytutką, i żoną księcia, i kochanką zwykłego awanturnika, a wreszcie przeciętną co do urody dziewczyną, na koniec klęknęła przed krzyżem i zaczęła nie modlić się, ale wprost wołać: "Boże, Ty jesteś, Ty musisz być, bo musi być ktoś, kto zrozumie wszystkich ludzi, wszystkich, a więc i mnie" (3).

 

 

 

I ja wiem Boże, że Ty jesteś. Cóż, nie mam dla Ciebie już tyle prostoty i niewinności dziecka, ale wiem, że Ty jesteś, że patrzysz na mnie, a ja boję się Ciebie, boję się podnieść głowę i spojrzeć w Twoją Twarz, bo czuję, że oddalam się od Ciebie...

 

*   *   *

 

Tak, to wczoraj miałem list od Pani Profesor. Jak ona mi pisała?: "...musisz być sobą, ale z najcenniejszych kamieni swego serca, masz wykuć serce "hartowane". Dla kogo? Dla Niego, dla Chrystusa. A On podpowie Ci dalsze ścieżki postępowania (...) Wiedz, że i w moim pokoju jest obraz Chrystusa podającego rękę. On Tobie ją podał i nadal będzie podawał..." (4)

 

Znowu stawiam sobie pytanie: Czy ma rację? czy nie jest to tylko górna poezja?

 

Chociaż może... to wiem, kiedyś byłem o tym przekonany, pragnąłem tego zjednoczenia, tej rozmowy z niebem, wszystko wydawało mi się czyste, piękne, wszystko prowadziło mnie do Niego. Tak z całą pewnością wszystko! Bo nawet Anka! Miała cudne, długie, spadające aż na ramiona włosy. Umiała być miłą, delikatną, wrażliwą. Nie wiem, kiedy ją pokochałem. Ale kiedy to się już stało, odnalazłem przy niej coś czego dawniej nie znałem, a przynajmniej nie przeżywałem tak jak wtedy. Zawsze przed lekcjami szliśmy do klasztoru Ojców Franciszkanów, by tam przed porcelanowym krucyfiksem rozmawiać z Bogiem. Zwykle po modlitwie ona szła go całować. Zazdrościłem jej nawet tej odwagi, bo nigdy nie zdobyłem się na taką formę miłości dla Tego, z którym przecież żyłem tak bardzo blisko.

 

Czy to co się stało pomiędzy mną a nią - to była miłość?

 

Gdy wstępowałem do Seminarium, ona kończyła ostatni rok, po którym miała zdawać na Uniwersytet Łódzki. Już wtedy przyrzekliśmy sobie przyjaźń. To było piękne, bo nawet gdy pisałem:

 

- i wciąż widzę Twe oczy
spośród tylu wybrane
odnajduję Twój uśmiech
Twoje usta kochane -

 

- to rzeczywiście była przyjaźń.

 

Nie została jednak. W pewnym okresie czasu doszliśmy do wniosku, że zdradzamy swoje "śluby". Zostało milczenie i zacierająca się świadomość, że ona gdzieś tam istnieje.

 

Potem, gdy klęczałem i myślami zdążałem do niej, jednocześnie wołałem: to dla Ciebie, to przez Ciebie Chryste. Pomóż mi, uwolnij mnie z tego marazmu uczuć, bo jeśli to dla Ciebie, to Ty wyjdź mi naprzeciw, abym nie został sam, bo wtedy... bo wtedy zabraknie mi sił...

 

*   *   *

 

I znowu słychać głos lektora: Angelus Domini nuntiavit Mariae... potem Msza święta, tradycyjne w niedzielę Słowo Boże, którego jakże często nie słucham, nie trawię... bo te sztucznie wymyślone słowa są takie oklepane, takie często pozbawione realności, że w końcu przychodzi obojętność, przesyt nimi jak dobrymi cukierkami.

 

Skracając wlokące się nudnawe minuty, rozmyślałem nad rekreacją. Zagram dzisiaj w piłkę. Chcę, muszę dojść do stanu doskonałości. Najgorzej jest u mnie z wystawianiem. To na skutek niedoćwiczenia. Poprawiłem natomiast serwy. Co prawda - kiedyś to serwowałem. Raz przegrywaliśmy trzynaście do dwóch, gdy ja stanąłem w narożniku i po kolei serwami uzyskałem wyrównanie. Tylko, że od czasu wypadku, gdy w kilku miejscach miałem połamane ręce, nie doszedłem i chyba nie dojdę już nigdy do dawnej wprawy.

 

A co będę robił po obiedzie?

 

Zwykle najbardziej emocjonalnie przeżywam ten czas. Dawniej, chwytałem rower i kontemplując przyrodę wstępowałem na cmentarze, by tam odnaleźć dziwną nirwanę. Zwłaszcza pod wieczór, gdy słońce padało na korony drzew, a te załamywały światło i było tak inaczej, tak zupełnie inaczej... Tymczasem, obecna niedzielna rekreacja staje się dla mnie psychiczną męczarnią. Wybiegam na przyseminaryjny beton i przyciskam serce, które bije, staje się jak gdyby szalone i tak strasznie mocno bije...

 

*   *   *

 

W wyobraźni mam swoje dawne mieszkanie. Proste, bez ładnych mebli, ale wysprzątane, z kwiatami, które zawsze przynosiły mi dzieci. Tak za to je lubiłem. Myślałem wtedy: zostanę kapłanem, wówczas nie tylko serce, ale duszę będę miał kapłańską. A one pojmą, że uczyniłem to z miłości do nich. To właśnie wtedy poważnie pomyślałem o kapłaństwie, choć męczyła mnie słabość. Wiedziałem przecież, że nie łatwo istnieć nie dla siebie i być rozdanym dla innych, nie łatwo nieustannie dawać a nigdy nie szukać dla siebie i nie łatwo być jak wszyscy inni pomiędzy innymi, a jednak innym.

 

Prawda... nigdy nie miałem przyjaciół wśród księży, żaden mnie nie dostrzegał, żaden nie stał się kimś bliskim i szczerym. Były momenty, że tego potrzebowałem. Może właśnie za ten brak podania mi ręki nie lubiłem ich, choć wydaje mi się, że zawsze szanowałem. Zbyt jednak często rzemieślniczość kapłańskiej pracy, skłaniała mnie do krytyki i niechęci do nich.

 

To samo odczułem i teraz, gdy czytałem Ignacego Kraszewskiego "Chatę za wsią". W ulepionym domku mieszkają on i ona. Pobrali się z miłości, choć rozsądek był po stronie wsi, bo samą miłością żyć się nie dało. Głód, chłód i łzy... Nie pomogła wieś, nie pomogła rodzina, nie pomógł dwór; a już w ogóle nie pomógł ksiądz. Zagubiło się jego posłannictwo dla ludzi. Jego oddanie miłości szczególnej jaką jest Chrystus w uosobieniu biednych, nieszczęśliwych, samotnych i chorych...

 

Miłość cierpliwa jest, łaskawa, nie zazdrości, na złość nie czyni, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrwa, nigdy nie ginie. (5)

 

I znowu przypomina mi się Mama: "... gdy zrozumiesz, że urodziłam cię za słabym aby sprostać tej idei - odejdź..."

 

Boże, czy podołam
czy uniosę Twój krzyż

abym dźwigając

został podwyższony?

 

*   *   *

 

Przeglądam otrzymane listy. W ostatnim tygodniu miałem ich sporo. Od kogo? Od kolegów, koleżanek, Mamy, siostry...

 

Bo życie jest takie bogate w swoich formach. Każdy przeżywa je na swój niepowtarzalny sposób.

 

- Czy rozumiem wszystkich? albo, czy inni we wszystkim potrafią mnie zrozumieć?
- Czy będąc w Seminarium zdobywam mądrość życiową? i czy dzięki temu jestem mądrzejszy niźli inni pozostawieni "w świecie"?
- Czy potrafię im radzić, przekonywać, a może nawet czegoś od nich żądać?

 

Na przykład ten list otrzymałem z prośbą: "przyjedź, koniecznie przyjedź, chcę się przed tobą wyspowiadać, bo nie byłam u spowiedzi od chwili ślubu. Wierzę, że to wygadanie przed tobą jakoś mi ulży". To ona magister filologii polskiej, którą poznałem na przyjęciu prymicyjnym. Uwielbiała Małgorzatę Hillar z jej kobiecym stylem poezji i na swój sposób broniła mnie przed kapłaństwem. Jestem teraz jej potrzebny. Ale jak mam jej pomóc?!

 

A ten list - od kolegi. Razem siedzieliśmy w ostatniej ławce przez kilka lat w szkole średniej i urządzaliśmy kontestacje na łacinie. Na każdą ocenę niedostateczną odpowiadał: "non omnis moriar" (6), co raz wzruszyło profesorkę i dała mu szansę poprawy. Teraz kończy chemię. Pisze: „Wiesz, mówiłem swojej dziewczynie, że mam kolegę w Seminarium i bardzo urosłem w jej oczach. Ona na siłę chce mnie doprowadzić do ołtarza, ale ja...; doradź mi czy ja już dorosłem do małżeństwa?"

 

A ten list - od dawnej swojej uczennicy Zosi. Czytałem go już kilka razy i nie mogę ochłonąć z wrażenia. "To co Panu napiszę, z pewnością Pana bardzo zaciekawi. Jestem w szpitalu. Urodziłam córeczkę. Taki los okrutny był dla mnie. Przyniosłam rodzicom dużo wstydu. Nie wiem jak ja się światu pokażę. Ojciec dziecka przyjechał do mnie, obiecuje, że wszystko będzie dobrze. Ale ja go nie kocham, jak mam zmusić się do tego małżeństwa? Niech Pan napisze do mnie i pocieszy mnie w tej tragicznej sytuacji!"

 

- Napisałbym Zosiu, i to zaraz. Ale co powiedzą ludzie?
- Zabroniłbym Ci tego niekochanego małżeństwa. Ale co powie twoja rodzina?
- Zostałbym i ojcem chrzestnym - jak prosisz. Ale co na to powie Kościół?

 

Ludzie są okrutni dla słabych. Brzmią mi jeszcze w uszach słowa motta Nałkowskiej: "Ludzie ludziom zgotowali ten los". Świat chrześcijański jakże niczym nie różni się od społeczności Nazaretu przed narodzeniem Chrystusa. Dlatego musisz pozostać sama ze swoim problemem.

 

I jak Cię wielbić Chryste? Czy tylko w ukryciu i samotni? Przecież Ty sam mówiłeś: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych... mnieście uczynili". Ty sam przyszedłeś przybrawszy postać Sługi, klęknąłeś przed Piotrem aby mu nogi obmywać. Ty...

 

Gdy odjeżdżałem do Krakowa - ona, ta moja uczenniczka przyniosła mi róże. Wtedy tak nieśmiało, po dziecinnemu powiedziała: Kocham pana..., a ja kochałem tylko Ciebie Boże...

 

*   *   *

 

To było tak dawno. Czy teraz umiałbym tak samo mówić i czynić? I znowu wracam do Ciebie Mamo: "Jeśli nie sprostasz, odejdź".

 

A zaciętości i uporu uczyła mnie praca. Miałem 13 lat, kiedy z kosą na ramieniu, bardzo wczesnym rankiem spojrzałem na rozpostarty przede mną hektar łąki. Dzień był bardzo upalny. Obok mnie na podobnych działkach kosili moi sąsiedzi. Pot lał się strumieniem, mięśnie sztywniały i odmawiały posłuszeństwa. Była godzina dwudziesta kiedy otępiały z bólu, z rękami pełnymi pęcherzy, zrozumiałem smak zwycięstwa.

 

Tym razem przede mną była inna łąka i inne, o ileż trudniejsze zadanie. Tam mogłem przegrać, przyznać się i powiedzieć, że jestem za młody i za słaby. Ale tutaj... "Jeśli nie sprostasz odejdź!!!"

 

MAMO! - nie przyjmę jeszcze święceń. Jeszcze nie wiem czy sprostam. Jeszcze nie wiem, czy wszędzie tam, gdzie mnie poślesz Panie, będę umiał czynić dobro. I wszystkim ludziom, których mi dasz, będę umiał swoją miłością opowiadać o Twojej Miłości?!

 

I nagroda w studenckim konkursie literackim
Kraków 1971 r.

 

(1) Jerzy Andrzejewski, Ład serca.
(2) Ethel Lilian Voynich, Szerszeń.
(3) Chodzi o film zatytułowany "Galia".
(4) List p. Grażyny Sobczyk z Radomska.
(5) Fragment Hymnu o Miłości św. Pawła.
(6) Nie wszystek umrę.

 


 


CZĘŚĆ DRUGA


KAPŁAŃSTWO I BUDOWA

Lata 1976-1980

Charakterystyka parafii: Karlino, Drawsko Pomorskie i Suliszewo przez pryzmat kościołów: w Karścinie, Lubiechowie, Zarańsku, Dalewie, Linownie, Gudowie i Suliszewie

 

KARŚCINO

 

Gdziekolwiek się znajdziecie
wśród różnych dróg na świecie
na każdej takiej drodze będzie brat
Będzie do czegoś spieszył
smucił się albo cieszył
z masą problemów szedł przez świat

 

Tak czułem kapłaństwo sercem związanym miłością do rodzinnej (częstochowskiej) ziemi, tak widziałem kapłaństwo oczami jeszcze zapatrzonymi w wizerunek Czarnej Madonny, tak realizowałem kapłaństwo czynami sportowca i romantycznego poety. Ale związku kapłaństwa z etatem kierownika budowy, czy nawet technika murarskiego - nigdy nie dostrzegałem.

 

Czy wyjdziemy na jego spotkanie
otwierając szeroko ramiona
czy też dalej samotnym pozostanie
by samotnie swą drogę pokonać

 

Tak poszedłem na spotkanie z ludźmi i swój ideał kapłaństwa, artystycznej, cudownej Mszy św. zderzyłem z ruderą jaką był kościół filialny w Karścinie. W ogłoszeniach podałem: - Jutro proszę niech przyjdzie dwudziestu mężczyzn do pracy. Dwóch gospodarzy przyjedzie ciągnikami z przyczepami. Będziemy porządkować cmentarz przykościelny, potem go pięknie ogrodzimy, wyremontujemy dach i wieżę kościoła, założymy witraże w oknach, pomalujemy. Z rudery zrobimy "bombonierkę". Będzie w niej jasno od złota i chóry "aniołów" ją wypełnią.

 

"Jutro" nie przyszedł nikt. Ale nie była mi obca praca fizyczna. Dzieciństwo i młodość nauczyły mnie ciężkiej i twardej pracy. Pierwszy tydzień pracowałem sam, w drugim - pomagali mi niektórzy ministranci, w trzecim - z ciekawości co najmniej piąta część wioski, w czwartym - ochotników było zbyt wielu.

 

Owoce:
- przepiękny kościół w Karścinie,
- uczuciowe przylgnięcie do tego kościoła i do tamtejszych ludzi, którzy okazali się wspaniali!

 

LUBIECHOWO

 

Czy zajmiemy się jego troskami
w jego życie swą radość wniesiemy
czy też tylko swym sprawom oddani
w mini światku się własnym zamkniemy

 

Tak przeżywałem Lubiechowo, gdzie otoczyło mnie kołem około pięćdziesięcioro dzieci. Była szkoła, był kościół, ale nie było miejsca na katechezę. Konieczność jest matką wynalazków. Pod kościołem była duża, dwukomorowa krypta. Walały się w niej ludzkie kości, powyrzucane ze splądrowanych sarkofagów. Tu niegdyś chowano rodzinę ówczesnych właścicieli. Sam pozbierałem czaszki i piszczele, chowając je uroczyście na cmentarzu przykościelnym. Blisko tydzień rąbałem ciężkim młotem nierówności podłogi. Dyrektor miejscowego PGR-u przysłał "dety", aby zrobiły porządek wokół kościoła. Znalazło się wapno, cement, piach. Znaleźli się także ochotnicy potrafiący tynkować, heblować i spawać. Powstała piękna salka z szatnią, z fachowym katechetycznym wystrojem. W zamyśleniu wracałem do myśli ks. Józefa Życińskiego (dziś biskupa tarnowskiego):

 

Gdy trosk własnych ogarnia nas morze
skąd wziąć sił by się dla innych otworzyć
gdy o uśmiech życzliwy tak trudno ogromnie
wtedy właśnie nie wolno zapomnieć
że przecież na ulicy, w szkole, w kinie, w fabryce
wśród krętych niezbadanych ludzkich dróg
wszędzie gdzie tętni życie
w tle nieba, w wód błękicie
zostawił ślad miłości Bóg

 

DRAWSKO POMORSKIE

 

To było w drodze do Drawska Pomorskiego. Przewoziłem kilka niezbędnych rzeczy, z wielką czułością akwarium, które przez lata służyło mi za kolorowy telewizor i wielką nadzieję, że mój kierowca nie weźmie za przewóz pieniędzy, gdyż ich w ogóle nie posiadałem. Stanęliśmy przed plebanią, pustą, zaszczurzoną ruderą, którą natychmiast trzeba było remontować. I ludzie... pierwsza osoba, która ze mną przystanęła i rozmawiała, wręczyła mi dwieście złotych, jako ofiarę na chleb!

 

Jego miłość rozlana w Wszechświecie
w szumie drzew, rosie traw, blasku słońca
w swej miłości Jego Miłość odnajdziecie
bo On pierwszy ukochał do końca
bo On sam w palestyńskim upale
chodząc wpajał zasady Miłości
aby iskrę miłości rozpalić
by na stałe mógł w sercach zagościć

 

ZARAŃSKO

 

Kilka pegeerowskich bloków i wieś prawie na wymarciu. Ale są ludzie i mają duszę. Kamienne ściany kościoła przesiąknięte wilgocią. Jedna żarówka oświetlała wnętrze i odsłaniała jego nędzę. Ratunek?! - remont kapitalny od posadzki po dach. Najbliższy dom zamieszkały był przez Świadków Jehowy. Po proste narzędzia szedłem do nich, z czasem zaczęli częstować mnie świeżym mlekiem, a po roku - przyszli do kościoła. Tu zginął jeden z pracowników w głupi, przypadkowy sposób. Pod koniec pracy odkręcał żarówkę, najzwyklejszą pod słońcem. Także prąd nie miał więcej niż dwieście dwadzieścia Volt. Upadł nieżywy na miejscu. Miał zaledwie siedemnaście lat i piękne imię - Krzysztof. Jedni mówili, że trzeba mieć łaskę, aby umrzeć w kościele; inni, może oddaleni od Kościoła, przeżyli nawrócenie. Pogrzeb był jednocześnie czasem rekolekcji, mieszkańcy zaczęli wypełniać przepięknie odnowiony Dom Boży.

 

Ale -

 

Aby dziś ten płomień nie ostygł
trzeba dłoni, które Miłość by niosły
i serc trzeba, które zechcą się poświęcić
aby innym nieść radość i szczęście

 

DALEWO

 

Zaledwie dwadzieścia domów i prawie połowa mieszkańców to - zielonoświątkowcy (niegrający). Kościół z "pruskiego muru", w połowie zawalony i wierne niewiasty, które podpierały go jak mogły drągami. Tymczasem, zaledwie sto metrów od granicy kościoła stała nikomu niepotrzebna stodoła z czerwonej, poniemieckiej cegły. Wystarczyło tylko wskazać, aby "Weroniki" i "Marty" zabrały się do rozbiórki i czyszczenia cegły. One tak bardzo pragnęły pięknego, skromnego, niedużego kościoła. Miały rozpitych mężów i ojców - jedyna pociecha to miejsce święte. Bardzo dużo pomogli innowiercy, bo przecież Bóg jest jeden i wspólnie nazywamy Go Ojcem.

 

Ażeby było więcej serca, uśmiechu, szczęścia
by każdy nieznajomy był jak brat
by znikły łzy rozpaczy i by całkiem inaczej
radośniej nasz wyglądał świat

 

LINOWNO

 

Kościół pod wezwaniem św. Ignacego - o pięknej ceglanej architekturze i grzybiczym zaniedbaniu. Zapadła krótka decyzja: świątynia ma być odrestaurowana i piękna, dedykowana księdzu biskupowi Ordynariuszowi Ignacemu Jeżowi (św. Ignacy Loyola - patron ks. biskupa). Pozostał duży plac przed kościołem z gruzowiskiem po byłej "pastorówce". I znowu decyzja: tu będzie dzieciniec, będą trawniki i kwiaty, huśtawki i piaskownice. Dużo pomagali mieszkańcy, finansowo nawet Gmina, a sam naczelnik kręcił głową i pozwolił na lekcje religii - w Klubach, bo:

 

Trzeba serce jak bochen pokruszyć
okruchami nasycić łaknących
oddać wszystko i przemienić własną duszę
w ignis ardens, pochodnię płonącą

 

GUDOWO

 

Prawie pod kościół podchodziło jezioro - piękne i głębokie Lubie. Tutaj otwierał sezon letni sam "mistrz Zakonu Partyjnego" - towarzysz Kozdra. Pierwsze ślizgi motorówką należały do proboszcza, który wodę święconą mieszał z wodami jeziora. Tutaj też, nie zostało nic zrobione przy kościele. Ranga zabytku z XIV wieku wymagała czasu i fachowej dokumentacji. Takowej nie zdążyliśmy zrobić. Ale zdążyliśmy się zaprzyjaźnić, rozmodlić, rozśpiewać...

 

by na ziemi zajaśniał blask nieba
by go ujrzał świat mrokiem spowity
krzyż Chrystusa na barki wziąć trzeba
trzeba iść i plon przynieść obfity

 

SULISZEWO

 

Zapatrzone, zasłuchane, zakochane. Dzielili się czym mogli: domem - który oddali na plebanię, czasem - który poświęcali dla Boga, pieniądzem - dzięki któremu możliwe były wszelkie podejmowane prace. I... decyzja, a może raczej propozycja: czeka inna praca, aż w Koszalinie!

 

Czy łatwo będzie pokochać Koszalin?! Nie! Nie! Nie!

 

Najpierw trzeba będzie zabić tamtą miłość. Zabić okrutnie, zdeptać, spalić...

 

Jakże niepojęte są wyroki Twoje Panie...
Podnieś mnie, uzdrów zranione serce
dałeś mi ten lud i chciałem iść z Nim do końca,
do Ciebie!
Mojej rozterki nie poczytaj za brak pokory
Muszę zabić tamtą miłość
by kochać na nowo -
Bądź wola Twoja

 

Ostatni raz patrzę na zielone lasy, zatrzymuję się przy dolinie Drawy, która ściąga tysiące turystów i wiem - że jutro pójdę... odjadę stąd

 

by

 

iść i głosić Bożą Miłość niezgłębioną
iść i dawać się wszystkim i płonąć
dotrzeć wszędzie i wszędzie Prawdę głosić Pańską
a tym wszystkim jest właśnie kapłaństwo!

 


 

 


KOMPLETA

 

Jeżeli mam wszystko - aż do przesytu
obojętnieją moje oczy
kamienieje moje serce
konsumpcja, bogactwo,
luksus na najwyższym poiziomie -
lecz człowieczeństwo zamiera

 

STACJA I
Pan Jezus na śmierć skazany

Miałem do wyboru trzy instrumenty: skrzypce, akordeon i pianino. Na żadnym grać nie umiałem i nigdy nie grałem. Wybór padł na skrzypce, bo te w sklepie były najtańsze. Po kilku lekcjach, gdy nie potrafiłem nastroić instrumentu, profesor zawyrokował: "Jesteś muzycznym debilem". Ten sąd zapamiętałem. Przez pięć lat nie próbowałem nawet dobrze nauczyć się grać. Uwierzyłem, że dla mnie jest to sztuka nieosiągalna.
Tymczasem na studiach zgłosiłem się do gry na akordeonie. Po przesłuchaniu profesor powiedział: "Masz słuch absolutny, możesz zostać wirtuozem".
Wniosek: Nigdy, nikogo nie będę umniejszał. Nikomu nie będę negatywnym sędzią. W każdym postaram się widzieć iskierkę dobrej woli, zdolności, piękna!

 

Tylko od życia można się życia nauczyć
i żadna pedagogika tej nauki nie zastąpi.
Jedynie żyjąc, człowiek uczy się żyć, a każdy,
kto się rodzi, musi tę naukę zaczynać od A B C.

(Miguel de Unamundo)

*   *   *

STACJA II
Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

Byłem na pogrzebie człowieka, którego nie znałem i który prawdopodobnie był daleki od praktyk religijnych. Proboszcz parafii, w której żył, odmówił pogrzebu, dając jednocześnie zezwolenie na "szukanie sobie księdza".
Mając to wszystko na uwadze, powiedziałem na pożegnanie trumny: Jestem tu jako sługa Pana naszego Jezusa Chrystusa. Jako sługa naszego zmarłego brata, za którego pragnę modlić się. Jako sługa Wasz, rodziny zmarłego i wszystkich ludzi dobrej woli, którzy tutaj są, i którzy czuli potrzebę odprawienia tej pielgrzymki do grobu.
Po kilku miesiącach przyszedł do mnie "wojskowy pułkownik". Wszedł do biura, usiadł na krześle i powiedział: "Chcę służyć". - O co chodzi? - zapytałem. "O służbę Kościołowi, Chrystusowi" - brzmiała zdecydowana odpowiedź. "Tam na cmentarzu - przeżyłem nawrócenie".

 

Człowiek podoba sobie w upadku sprawiedliwego
i jego hańbie

(Fiodor Dostojewski)

*   *   *

STACJA III
Pan Jezus pierwszy raz upada

Dorosły człowiek, mężczyzna w sile wieku klęknął przy mnie. Spowiadał się długo. Jego broda dotykała mojego ucha i wyczuwałem, że stawała się mokra od łez.
Powiedziałem do niego: "Jest pan bohaterem, dobra szczera spowiedź dla wielu mężczyzn staje się męczarnią, problemem nie do pokonania".
W odpowiedzi usłyszałem następującą naukę: "Kiedy idę do spowiedzi, mówię Panu Bogu - zobacz jak Cię mocno kocham. Gdybym Cię nie kochał ponad wszystko, nie zdobyłbym się na wyznanie grzechów. Spowiadając się - wyznaję miłość Panu Bogu".
Dziwna wymiana wartości: "za grzechy - miłość i łaska?!" Paradoks zmuszający do zastanowienia...

 

Najszlachetniejszy kamień jest ten, który
kraje wszystkie inne, a siebie zarysować się nie daje;
najszlachetniejsze serce jest to, które właśnie
raczej da się skaleczyć niż samo zadrasnąć

(Adam Asnyk)

*   *   *

STACJA IV
Spotkanie Pana Jezusa z Matką

W jednym z numerów "Przyjaciółki" przeczytałem opowiadanie. Pani redaktor często siedząc na swojej ulubionej ławce w parku, po przeciwnej stronie alejki spotykała matkę z dzieckiem - chłopczykiem imieniem Piotruś. Chłopiec był garbuskiem o wykrzywionej, brzydkiej twarzy. Matka z nadzwyczajną czułością zwracała się do niego, serdecznie uśmiechała i wyglądała na najszczęśliwszą z matek. Po kilku spotkaniach obie panie zaczęły ze sobą rozmawiać. Wtedy redaktor dowiedziała się, że Piotruś jest dzieckiem przybranym, wziętym z Domu Dziecka i wyrwało się jej pytanie: "Nie mogliście wziąć zdrowego chłopca?!" - "Nie" - brzmiała odpowiedź. - "Chciałam zrealizować swoje postanowienie. Byłam młodą i ładną dziewczyną, miałam powodzenie i szczęście. Wyszłam z miłości za mąż lecz nie chcieliśmy mieć dzieci. Były na to sposoby i metody. Kiedy po latach przyszło opamiętanie i pragnienie urodzenia dziecka, okazało się, że już nie mogę zostać matką. Zrozpaczona udałam się do spowiedzi, gdzie otrzymałam poradę by wziąć na wychowanie dziecko, sierotę. I kiedy z mężem zdecydowaliśmy się i poszliśmy po takie "niekochane", pierwszym, który podbiegł do nas, wyciągnął rączki i zawołał "mama" - był Piotruś. Czy mogłam go odrzucić?!"

 

Wszystko jest Twoje po co sięgnę matko rodzona
co we mnie dobre i piękne - wziąłem z twojego łona

(A. Zych)

Wszystkie matki są matkami wielkich ludzi;
nie jest ich winą, że życie sprawia im często zawód

(Borys Pasternak)

*   *   *

STACJA V
Pan Jezus przez Szymona wspomożony

W Koszalinie mówią, że Pan Jezus w różnych kościołach występuje pod innymi przymiotami:


w Katedrze - jest nauczający,
u św. Wojciecha - sprawiedliwy,
u św. Krzyża - miłosierny,
a u Ducha Świętego - jest dobry.

 

Analizując Sąd nad człowiekiem opisany w Ewangelii św. Mateusza, łatwo można zauważyć akcentowanie dobrych uczynków:

 

Byłem głodny - a daliście mi jeść
byłem spragniony - a daliście mi pić
byłem przybyszem - a przyjęliście mnie
byłem nagi - a przyodzialiście mnie
byłem chory - a odwiedziliście mnie
byłem w więzieniu - a przyszliście do mnie

 

Można dać bardzo wiele i serce zranić
i można bardzo maluczko i serce rozradować
jak gdyby skrzydła przypiąć komuś do ramion

(Kardynał Stefan Wyszyński)

*   *   *

STACJA VI
Święta Weronika ociera twarz Pana Jezusa

Obserwowałem jej twarz. Była zniszczona co z pewnością postarzało ją. Spostrzegła moje zapatrzenie i zapytała: - Dlaczego ksiądz tak mi się przygląda?
Trochę zmieszany odpowiedziałem: - Ma Pani bardzo piękne oczy, mogę sobie wyobrazić, jaka Pani była piękna mając osiemnaście, dwadzieścia lat...
Nic nie odpowiedziała, ale wyjęła chusteczkę i zaczęła wycierać obficie płynące łzy.
Na drugi dzień znowu przyszła. Tym razem przyniosła ofiarę - Przecież to bardzo dużo pieniędzy. Czy nie lepiej przeznaczyć je swoim dzieciom?
- Odpowiedź brzmiała: - Mam córkę, już dorosłą i zamężną - ale ona nigdy mi nie powiedziała tak jak ksiądz.

 

We wszystkim znajduje się piękno
jeżeli tylko mamy oczy zdolne je zobaczyć

(Sigrid Undset)

*   *   *

STACJA VII
Pan Jezus drugi raz upada

Byłem pod wrażeniem filmu o Przybyszewskim zatytułowanym "Dagny". Oto, w brudnej berlińskiej gospodzie zapijaczone towarzystwo Stacha podsuwa myśl: "Jesteś Polakiem, zagraj coś polskiego". Ten na siłę przyprowadzony do fortepianu długo zastanawia się, a potem jednym palcem wystukuje melodię: "Święty Boże, święty mocny, święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nade mną...". Potem klęka i całymi akordami gra i woła: "Święty Boże, święty mocny - zmiłuj się nade mną..."
Jakże niesamowita jest Łaska Boża. Dosięga człowieka w najbardziej nietypowym miejscu i czasie...

 

Idziesz przez świat
i światu dajesz kształt przez swoje czyny
Spójrz w świat, we świata kształt
a ujrzysz swoje winy
Kędyś ty posiał fałsz i fałszem zdobył sławę
tam znajdziesz kłamstwa cześć
i imię w czci plugawe

(Stanisław Wyspiański)

*   *   *

STACJA VIII
Pan Jezus i niewiasty płaczące

"Emancypacja ma swoje źródło w maryjności. Kochając Maryję, uczymy się szacunku dla każdej kobiety." Takie stwierdzenie usłyszałem nie na lekcji religii, ale języka polskiego, kiedy to w drugiej klasie szkoły średniej "przerabialiśmy" wiersz Słoty "O zachowaniu się przy stole":

 

Wżdy Matki Boże tę moc mają
iż przeciw nim książęta wstają
i wszeliką im chwałę dają

 

Kobieta bardzo śmiało przyrównana do Matki Bożej. Czy potrzeba szerszego komentarza?

 

Bez słońca nie kwitną kwiaty
bez miłości nie ma szczęścia
nad kobietą - nie masz wiemiejszego przyjaciela

(Tadeusz Różewicz)

*   *   *

STACJA IX
Pan Jezus trzeci raz upada

"Zawsze wiedziałem, że mam być świętym. Miałem różne pragnienia zawodów. Nie zawsze teatr był w nich nadrzędnym. Ze świętością nigdy nie zrywałem, i ta była prawdziwym dla mnie powołaniem".
Te zdania wypowiedział, bodajże w 1973 r., do grupy nauczycieli i pracowników oświaty, Bogusław Kierc, ówczesny dyrektor Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Nie wszyscy zrozumieli jego wyznanie. Na sali rozległy się śmiechy i chaotyczne pytania: "Czy mamy wypowiedź traktować poważnie?"
Odpowiedź była zdecydowana: "Kimkolwiek w życiu chcesz zostać, musisz założyć swoją świętość. Bez świętości nikt nie zdobędzie laurów. Bez świętości ani nauczyciel, ani inżynier, ani rolnik, ani mąż, ani żona - nie spełnią pokładanych w nich nadziei, nie pomnożą talentów otrzymanych od Stwórcy".

 

Nie potępiajcie zbyt pochopnie! Potępić to rzecz
najłatwiejsza. Nie ulegajcie tej pokusie. Patrzcie
na wszystko spokojnie, pamiętajcie o jednym:
wszystko przemija, wszystko zmienia się na lepsze.

(Maksym Górki)

*   *   *

STACJA X
Pan Jezus z szat obnażony

Pornografia, nagość - stały się domeną ekranów, książek, czasopism. Wszyscy odnosimy wrażenie, że zjawiska te zwyciężają, że z czasem zaleje nas fala, która bardzo wyraźnie sprzeciwia się temu, co nazywamy cnotą, ideałami, sublimacją, duchowymi przeżyciami.
Ks. prof. Stanisław Witek ujmował i oceniał to zjawisko z punktu widzenia historii. Przecież po długich wiekach Średniowiecza - nastąpiło Odrodzenie. Trwało krótko. Przyszła tzw. "reakcja" i zakryła nawet piękne nagie postacie namalowane przez Michała Anioła w kaplicy Sykstyńskiej. Trzeba było dopiero Oświecenia - aby powróciła swoboda obyczajów. Romantyzm i Mickiewicz wydają walkę temu, co z materii, pisząc w 1822 roku "Romantyczność". Kolejna fala nagości - to lata sześćdziesiąte naszego wieku. Fotografia, film - jako nowe osiągnięcia ekspresji obrazu - spowodowały wielki boom, który proporcjonalnie skrócił tę "epokę seksu". Obecne lata - zwłaszcza na Zachodzie Europy - to już dekadentyzm problemu nagości.
Wniosek płynący z historii: w walce materii (ciała) z duchem (z ascezą) wygrywa duch - 17:3 (siedemnaście wieków ascezy, trzy wieki "ciała").

 

Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz,
na obraz Boży go stworzył:
stworzył mężczyznę i niewiastę

(Księga Rodźaju 1,27)

*   *   *

STACJA XI
Pan Jezus do krzyża przybity

Ernest Bryll, którego poznawałem czytając "Wigilię wariata" napisał:

 

Co dać im [ludziom]
S Ł O W O
- to im będzie twarde
Nie darmo słowo zabija jak sztylet
nie darmo uśmiech gorszy od tortury

 

Tadeusz Różewicz, o którym pisałem pracę dyplomową w Liceum Pedagogicznym w Radomsku swój punkt widzenia "słowa" wyraził inaczej:

 

Chciałbym dziś mówić
tak ciepło i prosto
by starzy ludzie czuli się potrzebni
Chciałbym nie mówić
lecz czynić słowami
aby słów moich
dotknęli rękami ludzie

 

Najgłębszą samotnością nie jest ta,
która otacza człowieka,
ale ta pustka w nim samym

(Bolesław Prus)

*   *   *

STACJA XII
Pan Jezus na krzyżu umiera

O pierwszej w nocy obudził mnie telefon. Dzwonił mieszkaniec z ulicy Władysława IV. Przywiózł ze szpitala do domu konającą żonę. Był sam i po ludzku bał się. Prosił, aby ksiądz był z nim.
Poszedłem i przy łóżku chorej spędziliśmy całą noc. O godzinie siódmej skonała, trzymając zapaloną gromnicę i modląc się razem z nami do ostatniego oddechu.
Po latach wspominam tamto wydarzenie, albowiem przekonany jestem, że taka właśnie jest misja kapłańska, że w moim życiorysie będzie to jeden z najchlubniejszych momentów.

Dziękuję Bogu, że towarzyszyłem konającym rodzicom. Do chorego ojca jechałem aż z Krakowa i czekał ze swoją śmiercią na mnie. Do mamy jechałem z Koszalina i także czekała na mnie.
Jakże potężna jest miłość!

 

A jednak miłość nie umarła
tylko pełniejszej żąda szczęścia miary
o nieśmiertelność skrzydła swe oparła
poza grób sięga jasnym wzrokiem wiary

(Z nagrobka cmentarnego)

*   *   *

STACJA XIII
Pan Jezus zdjęty z krzyża

Ta stacja została dedykowana kapłanom misjonarzom odprawiającym Drogę Krzyżową na Jasnej Górze. Prowadził ją jeden z zasłużonych Polaków Misjonarzy, arcybiskup Kozłowiecki, który powiedział: "Tak fanatycznie nienawidzące Pana Jezusa społeczeństwo Jerozolimy mimo wszystko miało w sobie iskierki nadziei. To Nikodem i Józef z Arymatei - obaj mężowie poważni i stateczni, obaj zajmowali godne stanowiska i byli w miarę życiowo urządzeni - jednak nie pogodzili się z nienawiścią. Złożyli swoje oszczędności i wykupili od Piłata ciało Jezusa. Zakupili też grób wykuty w skale, aby urządzić godny pogrzeb. Zdawali sobie sprawę, że narażają się społeczeństwu i panującej władzy. Byli świadomi utraty swoich stanowisk i majątków. A jednak...

 

I tak jest zawsze i wszędzie na całym świecie. Nie ma narodu, nie ma plemienia, które by nie miało takich "Nikodemów" i "Józefów". Oni przyjdą, aby pocieszyć, nakarmić, oddać swoje mieszkanie.

Także w każdej parafii znajdują się wielcy ludzie. Czasami trudno ich zebrać i wskazać. To dopiero życie potwierdza ich wielkość.

 

Od ciebie zależy czy będziesz samotny. Ty sam
decydujesz o tym czy jesteś potrzebny innym ludziom. Ty sam
wyłączasz się z ich życia i tylko ty sam możesz do nich wrócić.
Drugi człowiek jest w stanie pomóc ci - dobrocią.
Tak samo ty możesz drugiego człowieka wyrwać z kręgu jego
samotności - okazując mu dobroć.

(Mieczysław Maliński)

*   *   *

STACJA XIV
Pan Jezus do grobu złożony

Lubiłem uczestniczyć w pogrzebach. Parafialna tradycja dźwigania trumny na ramionach, obojętnie czy była to droga trzech czy dziesięciu kilometrów, dawała mi szansę pełnego zaangażowania. Niekiedy, gdy mężczyzn w danej rodzinie było aż nadto - dawano mi chorągiew do ręki. Tu obowiązek był jeszcze trudniejszy, gdyż przy lada wietrze chorągiew jak żagiel bujała na wszystkie strony. Spocony i krańcowo wyczerpany, nigdy nie czułem zniechęcenia. Stawałem się niejako własnością zmarłych oddając im swój czas i swoje siły.

Po latach - mam takie same uczucia. Z wielką czcią podchodzę do tzw. wypominek. Czytane imiona i nazwiska są litanią, którą dedykuję zmarłym jako swoją wierną służbę.

 

To ja jestem - dziś na twym grobie
Klęczę i sięgam w minione już lata
i wiem i czuję, że jestem przy tobie
i ty jesteś ze mną - kochany mój tata

(Fragment własnego wiersza poświęconego ojcu, Kraków - 1970)

 


 


CZĘŚĆ TRZECIA


 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.