Rozmowy z ks. Kazimierzem Bednarskim (cz. 1)

Napisane przez  Opublikowano w: Silva rerum

Ryszard W. Nasza rozmowa odbywa się w sierpniu 1999 roku. Za niecałe 5 miesięcy rozpocznie się rok 2000. To dobra okazja, by kapłan ustosunkował się do drogi, jaką przebył Kościół od jego początków do czasów nam obecnych. Proszę więc w skrócie powiedzieć, jak ksiądz ocenia te 2000 lat Kościoła.

 

 

Ks. Kazimierz Bednarski. Jest to problem do dyskusji, nigdy nie wyczerpany do końca. Przez pryzmat swojego doświadczenia kapłańskiego czy nawet ludzkiego spróbuję subiektywnie ustosunkować się do tego pytania.

 

Przede wszystkim stawiam sobie założenie, moje „credo” życia, że dla mnie Kościół jest organizmem, w którym czuję swoje miejsce i świadomość, że ten Kościół jest taki, jaki jest: i święty, i grzeszny - i to mi wystarcza, żeby Kościół kochać. Jestem więc wdzięczny Panu Bogu, że mi dał łaskę bycia w Kościele, bycia człowiekiem wierzącym. Mam świadomość, że Kościół zawsze na przestrzeni wieków gromadził ludzi, którzy żyli ideałami, których fascynowała idea świętości i myślę, że właśnie z tej perspektywy Kościół jest dla mnie zawsze żywym wezwaniem. Mając a priori to założenie, to bardzo spokojnie patrzę na dzieje Kościoła. Nie gorszą mnie jego jakieś akcenty, które nazywamy tzw. „czarną legendą”; nie gorszą mnie ludzie, których nazywamy grzesznikami, a wprost przeciwnie – uczą pokory i pewnej abstrakcji, uczą jednocześnie i tej prawdy, że cokolwiek bym chciał wytypować w Kościele, to musiałbym zaczynać od samego siebie, bo zawsze można Kościół reformować, tylko można to robić na rożne sposoby. Dla przykładu św. Franciszek jawi mi się jako reformator, ale pozostający w Kościele, a Luter zaś, który też odczuwa potrzebę reformy Kościoła, czyni to zbyt bardzo na swój sposób, co – myślę – jest raną, która boli Kościół powszechny.

 

W słowach Księdza dostrzegam wyrazy oddania i miłości dla Kościoła, i co z tego wynika, pozytywną ocenę jego dziejów. Jednocześnie jednak interesujące jest pytanie, czy ta droga i postęp Kościoła, jaki się dokonał, jest wystarczający w porównaniu z oczekiwaniami ludzi i świata?

 

Ludzi można zawsze podzielić na optymistów i pesymistów i takie też głosy słyszymy u tych, którzy oceniają Kościół. Ja zaliczam się do grupy ludzi, którzy są optymistami. Uważam, że Kościół składa się z dwóch organizmów: ludzkiego i boskiego. W tym co ludzkie – można powiedzieć – za mało jest ciągle świętości, za mało zrealizowanych możliwości, za mało ewangelizacji w znaczeniu Nowego Testamentu. Ale gdy pamiętam, że Kościół to także ta część boska, to Duch Święty, który „wieje kędy chce”, który zstępuje i odnawia oblicze ziemi, to jestem pod wrażeniem tej świadomości, że Łaska, światło Ducha Świętego jest na tyle mocne, na tyle wystarczające, że wystarcza to mi do uspokojenia. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie wszystkiego zrozumieć i zgłębić, i na wszystko znaleźć odpowiedź. Tutaj zasłaniam się tajemnicą Boga, tajemnicą człowieka, bo przecież – pomimo rozwoju medycyny – nawet w sensie biologicznym pozostaje nadal tajemnicą, nie mówiąc o jego jestestwie i strefie ducha.

 

Zrozumiałe jest zawierzenie Chrystusowi i Duchowi Świętemu i wiara, że dzieje Kościoła będą się rozwijały pomyślnie, że – jak powiedział Pan Jezus – bramy piekielne go nie przemogą i trwał będzie do skończenia świata. Ale też obserwując rozwój Kościoła od jego początków widzimy, że miał on w swojej historii dużo trudnych chwil i okresów, które zostały wprawdzie w dużym stopniu przezwyciężone, ale nadal musi borykać się on z pewnymi ich pozostałościami. Mam tu na myśli prześladowania pierwszych chrześcijan, reformację, racjonalizm oświeceniowy czy współczesny i historyczny liberalizm. Dlaczego tak układała się historia Kościoła, że musiał ciągle walczyć ze swoimi wrogami i uzasadniać swoją boską misję?

 

Myślę, że Kościół z tej natury, która podkreśla jego boskość jest zawsze Kościołem ideałów. A ideały w zetknięciu z tym co ludzkie, słabe i grzeszne będą stanowiły zawsze odruch bojaźni, niechęci czy nawet wrogości. To Chrystus mówi, że kto chce iść za mną, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje. Chrystus – jeśli patrzeć na dzisiejsze czasy, gdzie reklama ma tak dużą rolę – reklamuje się bardzo oryginalnie, pokazuje, że nie ma gdzie głowy schronić, nie obiecuje nikomu premii, tytułów, zaszczytów, stanowisk, ale wręcz przeciwnie: mówi, że nie ma większej miłości od tej, gdy człowiek odda życie za przyjaciół swoich, że kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim, kto chce panować, niech będzie sługą. Przyzna Pan, że jest to dziwna reklama, która przez 2000 lat jest ciągle otwierana na nowo.

 

My ciągle się uczymy tych zasad na nowo i ciągle jak gdyby nie dorastamy. Nawet ta świadomość, że minęło 2000 lat, gdy Chrystus swoją postawą czy słowami w ten sposób patrzył na ludzi, to ja ciągle się wzdrygam, że są to tak rewolucyjne tematy w treści, że ciągle do nich nie dorastamy i ciągle mamy niedosyt.

 

A wracając do pytania, to chciałbym polemizować z pojęciem wroga w Kościele. Nie wiem, czy w Kościele można mówić o wrogach. Myślę, że Chrystus znowu wyprzedził nas mówiąc, że należy kochać nawet nieprzyjaciół. W tym kontekście patrząc na wrogów, to staną się oni w jakiś sposób naszymi bliźnimi. Jeśli wyrwiemy się z kręgu myślenia Starego Testamentu, a wejdziemy w myślenie Nowego Testamentu, to zniknie nam na przykład niektóre słownictwo. Jeśli zaś chodzi o prześladowania, to one były, są i będą. Można odwrócić sytuację i powiedzieć, że kiedy Kościół był uprzywilejowany , gdy – jak może ktoś powiedzieć – władza świecka szła ramię w ramię z Kościołem, to były prześladowania ze strony Kościoła. Będą tu też może podawać Inkwizycję czy inne z tych „czarnych legend”. Są to tematy odrębne i szerokie i ja nie chcę ich bliżej analizować. , niemniej w tym czynniku ludzkim nie musimy się też wstydzić popełnionych grzechów przez ludzi Kościoła. Świętość z grzechem idą w Kościele w parze. Ktoś może powiedzieć definicję Kościoła, że jest wspólnotą grzeszników i będzie to dobra definicja; ktoś inny powie, że jest to wspólnota świętych i to też będzie dobra definicja. Na tych dwóch jak gdyby filarach opiera się idea Kościoła. Bo jeśli nawet przychodzimy na Mszę świętą i zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy grzesznikami, to wtedy mówimy „moja wina, moja bardzo wielka wina, bo zgrzeszyłem myślą, słowem i uczynkiem oraz zaniedbaniem”. Kto w sobie nie odkryje tej winy, to oddali się od Pana Boga i od bliźniego. Z kolei i świętość jest celem człowieka, bo Chrystus mówi: „Nikt Cię nie potępił i ja Cię nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej”. Są to wspaniałe teksty, wspaniałe hasła.

 

Kościół nie musi walczyć, Kościół tylko realizuje swoje powołanie do świętości. A że na drodze do tego powołania są przeszkody, jest krzyż, który się dźwiga, a to jest inna partia rozważania. Myślę też, że Kościół w tym czynniku ludzkim, filozoficznym, dojrzewa do innych, ale potrzebnych na 21 wiek rozwiązań. W dobie dzisiejszej mówi się o ekumenizmie. Znaczy to, że nie tylko ci nasi bracia odłączeni mają słuchać mnie – katolika, ale ja także muszę słuchać ich. Ekumenizm oparty na miłości Chrystusowej musi wykluczyć walkę. Pojęcie ewangelizacji ulega wtedy pewnemu poszerzeniu jak również pojęcie misyjności Kościoła. Myślę też, że gdybyśmy dzisiejszą wiedzę mieli w XVI czy XVII wieku, gdy misjonarze jechali do Indii, Japonii czy Chin, to te wielkie kraje byłyby rzeczywiście chrześcijańskie. Wówczas zabrakło nam wiedzy z pedagogiki, socjologii czy filozofii religii. Te braki spowodowały klęskę tamtejszych misjonarzy. Dziś może jest odwrotnie: brakuje nam takich misjonarzy jak św. Franciszek Ksawery, jak ci wszyscy święci, którzy swą żarliwością potrafili nadrabiać te braki z nauk. Dziś misyjność Kościoła musi się zasadzać nie na stwierdzeniach, tylko na propozycjach, które mają na względzie wspólne dobro, jak na przykład szukanie prawdy, wolności chrześcijańskiej, a przede wszystkim odkrywanie tej prawdy, że Bóg nas kocha, że Syna swojego dał, żeby nikt nie zginął i by miał życie wieczne.

 

Proszę Księdza, niekiedy słyszy się głosy, że Kościół w swej historii popełnił wiele błędów. Wprawdzie wyrażają je najczęściej ludzie niechętni Kościołowi, ale i wierzący powtarzają je również. Wróćmy więc do reformacji i wystąpienia Lutra. Można je potraktować dwojako: Luter pragnie reformować Kościół, bo jest mu to potrzebne dla jego prywatnych celów czy Luter chce reformy, bo widzi błędy Kościoła?

 

Dla mnie każde takie oderwanie się od całości uważam za grzech pychy. Tak było, kiedy rozdzielały się Kościoły zachodni i wschodni, podobnie było z reformacją Lutra. Za pychą idzie swoista nienawiść, ale nie do Chrystusa, ale do papieża. Pogardliwe pojęcie z tych czasów to „papiści”, które wywołało nastroje wojownicze, są tego dowodem.

 

Uważam jednak, że po tylu wiekach stosunek ludzi Kościoła katolickiego do Lutra jest wyważony. Weźmy nawet na przykład naszą katolicką katedrę, gdzie biskup odprawia Mszę świętą w towarzystwie Lutra i Melanchtona, którzy są umieszczeni w zabytkowych witrażach w oknach prezbiterium. Świadczy to o tym, że ekumenizm jest możliwy i ja jestem przekonany, że on zwycięży. Przeglądałem kiedyś dokumenty z pewnego dialogu ekumenicznego, gdy chodzi o dogmaty katolickie i protestanckie i byłem zaskoczony możliwością zbliżenia, możliwością powodzenia wielu – wydawało się – dotąd niemożliwych tekstów. Tak więc uważam, że Łaska Boża będzie na tyle skuteczna, że przynajmniej będzie ta jedność w różnorodności, że nie będziemy się jako kościoły boczyć na siebie, ale że będziemy chwalić Pana Boga wspólnie współpracując. Takie jest moje spojrzenie na protestantyzm.

 

Gdy zaś chodzi o osobę Lutra, to mam do niego wiele sympatii i trochę mi go szkoda. Ja uciekam od tych wyrazów, że ktoś jest kacerz, wróg, czy trzeba kogoś zwalczać. To są dla mnie pojęcia obce. Lutra traktuję jako swoistego fenomena, bo był zdolnym człowiekiem, jednocześnie posiadał zapotrzebowanie na głęboką religijność, wybrał przecież stan zakonny, a jeśli nawet chciał reformować Kościół, to w pewnym sensie kierował się tutaj potrzebą serca, żeby rzeczywiście ten Kościół był święty, z tym jednak, że w pewnym momencie przekroczył może – bardzo płynną – granicę tego, co mu było wolno i tego, co mu było nie wolno. Nie posłuchał rad wysłanników Papieża i jego bunt, jego non serviam spowodowało dalsze bolesne następstwa, które wykorzystali przede wszystkim – mówiąc dzisiejszym językiem – politycy, bo to oni przecież doprowadzili do tego cuius regio, eius religio, od kasacji zakonów do odebrania majątków. Zawsze jak się mówi, że nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Myślę, że właśnie i w reformacji dużo zaważyły pieniądze, bo uważano, że Kościół jest bogaty, a więc można przy okazji się wzbogacić pieniędzmi Kościoła. Jest to stara historia: nihil novi sub sole. Była to też pomyłka tych świeckich Kościoła, którzy poparli Lutra i uczynili zeń przywódcę reformacji, co na pewno dla Europy, dla rozwoju filozofii chrześcijańskiej i dla biblistyki było swoistym hamulcem. Nie byłoby – myślę – problemów z Kopernikiem, z Galileuszem, gdyby rozwój biblistyki był na poziomie XIII – XV wieku, kiedy prądy naukowe rozwijały się bardzo korzystnie. Tymczasem protestantyzm wprowadził Pismo Święte jako kanon, jako jedyne źródło poznania Boga i stąd zaczęto je postrzegać zupełnie inaczej: z jednej strony drukowano je w językach narodowych i stało się bardzo dostępne dla ludzi, ale z drugiej strony rodziło to następstwa nie tylko nowych podziałów społeczeństwa protestanckiego, wspólnot, sekt, ale także i zatrzymało – w pewnym sensie – proces egzegezy biblijnej. Bano się naukowo spojrzeć na Biblię, a bardziej odczytywano ją literalnie, a to wiązało się z pewnymi decyzjami Kościoła katolickiego, z pewną ostrożnością, gdy chodzi o prawdy zawarte w Piśmie Świętym.

 

CDN

 

 

 

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.




Media parafialne

b nasze zycie

b telewizja duch

Media w diecezji

Dobre Media

Gość Niedzielny

b barka