Ogłoszenia duszpasterskie - 26 maja 2019 - Szósta Niedziela Wielkanocna

Napisane przez  Opublikowano w: Ogłoszenia Duszpasterskie

Zmartwychwstały Jezus wstępuje do Ojca i posyła Kościołowi Ducha Świętego. To misterium jest treścią całego Okresu Wielkanocnego. Duch Święty nieustannie aktualizuje tajemnicę Paschy Jezusa Chrystusa, czyli Jego odkupieńczej śmierci i zmartwychwstania. Kościół prowadzony przez Ducha Świętego oczekuje na powrót Chrystusa i objawienie się niebieskiego Jeruzalem, w którym każdy z nas ma przygotowane dla siebie miejsce.

 

Kalendarz liturgiczny i duszpasterski

  • Dzisiaj
    • Podczas Mszy świętej o godz. 10.30 - rocznica Pierwszej Komunii Świętej (pierwsza grupa).
    • Na godz. 16.30 przychodzą kandydaci do sakramentu Bierzmowania z klas siódmych, z rodzicami.
    • Pozostałe nabożeństwa i Msze święte bez zmian.
    • Wypominki roczne jeszcze do przyszłej niedzieli włącznie, o godz. 16.15.
  • Poniedziałek (27 maja) - wspomnienie św. Augustyna z Canterbury, biskupa.
  • Środa (29 maja)
    • Wspomnienie św. Urszuli Ledóchowskiej, dziewicy.
    • Godz. 17.50 - zakończenie dziewięciomiesięcznej nowenny za wstawiennictwem św. Urszuli.
    • Po wieczornej Mszy świętej - ucałowanie relikwii.
  • Czwartek (30 maja)
    • Wspomnienie św. Jana Sarkandra, prezbitera i męczennika.
    • Wpomnienie św. Zdzisławy.
    • Wspólnota Veni Creator zaprasza na adorację przed Zesłaniem Ducha Świętego, która rozpocznie się 30 maja i potrwa do soboty 8 czerwca. Wszystkich zachęcamy do ofiarowania choć jednej godziny przed Najświętszym Sakramentem. Na konkretną godzinę adoracji można się zapisać na liście przy kaplicy Chrystusa Króla.
  • Piątek (31 maja)
    • Święto Nawiedzenie Najświętszej Maryi Panny
    • Rozpoczęcie nowenny przed uroczystością Zasłania Ducha Świętego - po Mszy świętej wieczornej.
  • Sobota (1 czerwca)
    • Wspomnienie św. Justyna, męczennika.
    • Rozpoczynają się nabożeństwa czerwcowe - zawsze o godz. 17.30.
    • Dzień odwiedzin chorych.
    • Jako parafia papieska pamiętamy o 28. rocznicy pielgrzymki św. Jana Pawła II papieża - do Koszalina i naszej parafii, poświęcenie Szkoły katolickiej oraz sanktuarium na Górze Chełmskiej. Zgodnie z tradycją parafialną, przyjmujemy następujący porządek uroczystości:
      • 1 czerwca - Msza Święta dziękczynna - godz. 16.15. Po Mszy adoracja Najświętszego Sakramentu w kościele - do godz. 17.30.
      • Podczas roku liturgicznego pamiętamy o 22 dniu października - jest to wspomnienie obowiązkowe św. Jana Pawła II. U nas ten dzień będzie także wspominany jako rocznica kreacji naszej Szkoły Katolickiej (w programie uroczystości m.in. konkursy poetyckie, prozy literackiej - poświęcone papieżowi).
  • Niedziela (2 czerwca) - Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.

 

Ogłoszenia rożne

  • Przed Zesłaniem Ducha Świętego, pragniemy się przygotować jak najlepiej. W tym celu w dniach od 6 do 8 czerwca w naszym kościele, zawsze o godz. 18.00, rekolekcje poprowadzi O. Jose Maniparambil z Indii. Szczegółowy plan jest na plakatach. Zapraszamy wszystkich! Odpowiedziana za rekolekcje jest wspólnota modlitewna Veni Creator z ks. Piotrem Kozłowskim.
  • Rozpoczęła się ogólnopolska akcja "Dar na stulecie" dla uczczenia urodzin Karola Wojtyły. Jej celem jest zbudowanie duchowego pomnika z serc i umysłów Polaków poprzez różnorodne inicjatywy modlitewne i charytatywne, artystyczne i edukacyjne oraz wychowawcze. Szczegóły: www.darnal00.pl
  • 2 czerwca, godz. 18.00 - Teatr w Koszalinie - Siostry Szensztackie wspomożone prywatnym LO w Szczecinku zapraszają na spektakl teatralny oparty na motywach Gabrieli Zapolskiej "Dulscy".
  • 13-16 czerwca - Pielgrzymka Apostolstwa Trzeźwości, działającego przy naszej parafii - do Gostynia, Lichenia, Częstochowy i Torunia. Zapisy w biurze parafii.
  • 13-17 lipca - Biuro Radia Maryja organizuje pielgrzymkę, trasą: Częstochowa-Studzianna - Święty Krzyż - Niepokalanów - Toruń.
  • 7-9 czerwca - Dom Miłosierdzia - Szkoła Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji św. Maryi z Nazaretu Matki Kościoła, zaprasza na wiosenną sesję weekendową.

 

Na nowy tydzień życzymy łaski zdrowia - Szczęść Boże!
Ks. Kazimierz Bednarski - proboszcz

 

Komentarz do czytań: Ks. Maciej Zachara MIC, Oremus - Okres Wielkanocny 2004.

 

UWAGA! Jeśli czcionka jest dla nas zbyt mała i mamy trudności z czytaniem, można tekst powiększyć. U góry, obok zdjęcia tytułowego, znajduje się szara belka, na której znajduje się napis "wielkość czcionki", a obok dwa znaczki: "+" (plus) oraz "-" (minus). Naciskając na te znaczki możemy tekst powiększyć lub pomniejszyć.

 

ŻYCIE W KOLORZE SZAROŚCI

Kiedy zmarła, pisano, że odeszła najmądrzejsza kobieta w Polsce. Porównywano ją z wielkimi postaciami polskiej historii - królową Jadwigą, a nawet z Józefem Piłsudskim, z którym miał ją łączyć strój w szarym kolorze polskiej niepodległości. Nazywano ją królową Polesia, duszą słoneczną, świętą z własnego wyboru. Ale hrabianka Julia Ledóchowska, późniejsza matka Urszula Ledóchowska, zaprzeczała legendzie, którą otoczona była już za życia. Chciała, żeby świat stawał się lepszy nie na skutek wielkich projektów historycznych, ale w wyniku podejmowania zwykłych, codziennych, choćby najprostszych czynności w taki sposób, jakby od tego zależały losy świata. I mówiła, żeby ten świat uświęcać, przepajać go Boską dobrocią, zwłaszcza w dziełach najmniejszych, i że prawdziwe szlachectwo jest z ducha i objawia się ofiarnością do spraw wielkich i wzniosłych.

Z wyglądu drobna i wątła, była kobietą niezwykłej wewnętrznej mocy, hartu ducha i pracy wytężonej do granic ludzkiej wytrzymałości. "Ledóchowska - pisała duńska prasa w 1915 roku - jest kobietą małą, wątłą, o rysach subtelnych, oczach pełnych ognia i włosach śnieżnych, okrytych welonem, związanym naokół głowy. Ruchy i sposób odzywania się świadczą o woli niezłomnej, której istnienia nikt nie podejrzewałby w osobie tak filigranowej".

Jak na damę przystało, trzymała się prosto, nawet siedząc w fotelu czy pracując przy biurku, w żadnych okolicznościach nie pozwalała sobie na zbyt swobodną postawę. Miała usposobienie żywe i otwarte, połączone z opanowaniem i wewnętrznym porządkiem. Szczególnym rysem jej postaci, były oczy, w których odbijało się niebo. O tych błękitnych oczach napisano bardzo wiele - były to ufnie patrzące na świat oczy dziecka, ale także wesołe oczy dziewczęce, a zarazem mądre oczy matki. Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to w nich odbijała się cała dobroć matki Urszuli, którą można ująć w dwóch prostych słowach, najprostszych i najwznioślejszych zarazem: "dobry człowiek". Nosiła w sobie ten rodzaj dobroci, który nie wynika z postanowienia bycia dobrym, ale ujawnia się spontanicznie, ukazując najpiękniejszą cząstkę ludzkiej natury. Ciepło i serdeczność promieniowały od niej z daleka, sprawiając, że lgnęli do niej ludzie. Nikogo nie odrzucała, z taką samą serdecznością rozmawiała z bywalcami arystokratycznych salonów, jak i z bosymi, niepiśmiennymi chłopami poleskimi.

Mówiła z ledwie wyczuwalnym w głosie twardym akcentem odziedziczonym po matce Szwajcarce. Wyrażała się w sposób jasny i zrozumiały, posługując się językiem obrazowym, nasyconym treścią, chwilami dosadnym i jędrnym. "Na estradzie ukazała się sylwetka nikła - opisywał odczyt matki Urszuli w Kopenhadze, Ernest Łuniński - kobieta w sukni czarnej, coś z habitu zakonnego, przystosowanego do form świeckich. Zrazu cicha emisja słowa nabierała stopniowo dźwięku, zamieniała się w kaskadę srebrzystą, w dzwon coraz bardziej spiżowy. Zdawało się, że muzyka niewidzialna zagrała na nerwach słuchaczów i kładła na nich tony grozy i rozpaczy. W krzesłach rozsiadło się skupienie, a nad nim panował głos władczy, głos-król. Płynęła cudnie rzeźbiona francuszczyzna w oprawie lekkiego akcentu słowiańskiego...".

Miała lekkie pióro, a jej styl znamionował epokę, kiedy słowo pisane stało wyżej niż dzisiaj. Z łatwością przeskakiwała między gatunkami literackimi - potrafiła z benedyktyńską skrupulatnością pisać kronikę swojego Zgromadzenia, obfitującą w daty i fakty, by za chwilę rozpocząć artykuł do gazety lub list, stylem nawiązujący do prozy literackiej najwyższego lotu. Z równą łatwością przychodziło jej napisanie popularnej książki dla dzieci, co treści modlitwy lub statutu prawa zakonnego. Miała skłonność do gawędziarstwa, w najlepszym znaczeniu tego słowa. Pisała wiersze - poezję religijną, dość prostą, ale głęboką, ujawniającą zamiłowanie do romantyzmu.

A kiedy przyjdziesz po mnie, Jezu złoty,
Cicho me życie w Twoje oddam ręce,
Jezu na krzyżu w ostatecznej Męce,
Ducha Ci oddam w nadziei niezłomnej,
Że raj Twój czeka duszy mej bezdomnej.

Była poliglotką, znała około dziesięciu języków, uczyła się ich nadzwyczaj łatwo. W ciągu dwóch lat działalności w Finlandii, nie tylko nauczyła się tego najtrudniejszego w Europie języka, ale dokonała pierwszych w historii kraju tłumaczeń, między innymi katechizmu katolickiego, zaś w Szwecji rozpoczęła redagowanie pierwszego katolickiego czasopisma.

Wśród wielu zadziwiających cech charakteru tej niezwykłej osobowości, jedna wyróżniała się w sposób szczególny - potrafiła w sposób niepojęty godzić ze sobą sprawy z pozoru nie do pogodzenia. Łączyła na przykład arystokratyczne pochodzenie z poczuciem służby. Była kobietą światową i jednocześnie - według określenia wybitnego Duńczyka, profesora Georga Brandesa - "Polką do szpiku kości". Obywatelstwo świata łączyła z kultem ojczyzny. Ale jej patriotyzm był innego rodzaju niż ten, który opisywał Bolesław Prus w "Lalce": "Polak czuł, myślał, pragnął i cierpiał - za miliony. Tylko - nic nigdy nie zrobił użytecznego. Zdawało mu się, że ciągłe frasowanie się całym krajem ma bez miary wyższą wartość od utarcia nosa zasmolonemu dziecku". Matka Urszula łączyła dwie wielkie polskie tradycje - romantyzmu i pozytywizmu, bo "frasowała się całym krajem", a jednocześnie "ucierała nosy" tysiącom "zasmolonych dzieci". Realizowała więc ideał, który Józef Piłsudski określał jako "romantyzm celów, pozytywizm środków".

Być może zabrzmi to nieco podniośle, ale kochała Polskę miłością prawdziwie kobiecą, macierzyńską, wierną. Kochała bowiem Polskę nie tylko w chwale, ale i w ucisku. "Inne narody kochają swoją ojczyznę. Kochają ją, gdyż jest wolna, dumna, bogata, ponieważ zapewnia i dobrobyt, i wielkość" - pisała w swoich notatkach. "Ale my ciebie kochamy, Ojczyzno moja, mimo że jesteś upokorzona, uciśniona. Kochamy cię, choć miłość, którą żywimy dla ciebie, przynosi nam często prześladowanie, zesłanie, więzienie i szubienicę".

Rzucała się na sprawy wielkie, po ludzku niewykonalne, nawet beznadziejne, nie mając grosza w portmonetce. Wychodziła z założenia, że "jeśli dzieło jest Boże, to i pieniądze się znajdą". Mówiąc wprost - porywała się z motyką na słońce i... słońce zdobywała, a znane porzekadło "głową muru nie przebijesz" nie miało do niej żadnego zastosowania. Nie sposób dzisiaj zrozumieć, jak radziła sobie z tym natłokiem obowiązków, a swoją postawą potwierdzała znaną prawdę, że ludzie najbardziej zapracowani mają czas na wszystko. Swą tytaniczną pracą burzyła utarty obraz arystokratki - rozkapryszonej, otoczonej służbą. Zwykle działała na kilkunastu odcinkach jednocześnie, wciąż wyszukując nowe, tak jakby wynajdywanie i piętrzenie nowych problemów było jej specjalnością. "Do pracy przyszłyśmy - mówiła - czas na wypoczynek będzie w niebie".

Żaden polityk w tym czasie, z ministrem spraw zagranicznych włącznie, nie podróżował po świecie tyle, co ona. Kiedy ją pytano, gdzie mieszka, odpowiadała, że w wagonie kolejowym. Nie była to przesada, większość czasu spędzała w podróżach, głównie koleją, jeżdżąc po kraju i Europie, od jednej placówki urszulańskiej do drugiej. W zachowanych do dzisiaj pismach odręcznych, można dostrzec drganie kolejowego stolika.

"Pan Bóg chce służby wolnych" - mawiała i w myśl tej zasady rezygnowała często, chociaż zawsze za zgodą papieża, z zewnętrznych form i przepisów kościelnych, które mogły utrudnić zadanie. W Petersburgu zrezygnowała z noszenia habitu zakonnego i zaczęła nosić się jak dama, byle tylko móc kontynuować misję ewangelizacyjną. Swoje życie budowała na wierze pełnej i świadomej, pozbawionej sentymentalizmu i dewocji. "Moje siostry nie mają biczowań, nie noszą włosiennic, nie uprawiają nadzwyczajnych postów - moje siostry pracują" - powtarzała często. W pracy apostolskiej była realistką i znakomitą organizatorką, stosując zasady swego dalekiego przodka św. Franciszka Salezego: "Więcej much złapie się na łyżkę miodu niż na beczkę octu" i starą benedyktyńską maksymę "ora et labora" - módl się i pracuj. Co ciekawe, jej pobożność była niemal identyczna z pobożnością wielkiego mędrca Kościoła, św. Tomasza z Akwinu - miłość do Ewangelii, kult Eucharystii i nabożeństwo do Chrystusa Ukrzyżowanego.

Była jedną z tych osób, które wyprzedzają czas i historię. Na długo przed Soborem Watykańskim II upowszechniała praktyczny ekumenizm, prowadząc w krajach skandynawskich twórczy dialog z protestantyzmem, a na Polesiu z prawosławiem. Na długo przed powstaniem projektu wspólnej Europy, realizowała w praktyce ideę Europy bez granic.

Nie była politykiem, ale - rzecz dziwna - odznaczała się cechami prawdziwego męża stanu. Otoczony złą sławą i trzęsący całą Rosją premier Stołypin, napotkał w niej wymagającego rozmówcę. "Madame, widzę w pani niebezpieczeństwo dla Rosji" - miał do niej powiedzieć rosyjski inspektor szkolny. Na długo przed wielkim mężem stanu Winstonem Churchillem odkryła, że prawda, nawet bolesna, ma moc przemieniającą i mobilizującą ludzi do najbardziej heroicznych czynów. Churchill w przededniu wojny obiecywał Brytyjczykom "krew, pot i łzy", ona - znacznie wcześniej - zachęcała studentki z mieszczańskich domów i ziemiańskich dworów do pracy na Polesiu, słowami: "Będzie to praca misyjna, cicha, w wioskach, gdzie brnie się prawie po kolana w błocie, gdzie w czasach jesiennych deszczów, zimowych zamieci, wiosennych roztopów, komunikacja ze światem poza obrębem wioski jest uniemożliwiona". Trudno w to dziś uwierzyć, ale młodzież pozytywnie odpowiadała na wyzwanie.

W czasach, kiedy Rzeczypospolitej nie było na mapie i kiedy nie istniały żadne oficjalne placówki polskie na świecie, stała się ambasadorką Polski w wielu krajach Europy. Te "ambasady", mieszczące się niekiedy w małych domkach na przedmieściach miast, były zalążkami polskości i przystanią dla polskich emisariuszy podążających na Zachód. Do dziś wciąż jeszcze niewiele wiemy na temat roli jej brata, generała jezuitów o. Włodzimierza Ledóchowskiego, w wielkim dziele odzyskania niepodległości Polski.

Była żarliwą patriotką. W Danii zorganizowała dom dla osieroconych dzieci, a kiedy trzeba było wracać do wyniszczonej wojną ojczyzny, przywiozła je wszystkie do kraju. "Będzie spało w koszu od bielizny, ale będzie uratowane dla ojczyzny" - wyjaśniała. "W naszych warunkach wszystko powinno nas łączyć. To moje polityczne dziś zadanie - uczyć rozumienia tego, że tylko trzymając się razem możemy coś zrobić" - mawiała, a niekiedy swą "politykę miłości" ujmowała jeszcze krócej: "Siła narodu w świętej miłości bliźniego, która łączy serca, spaja dusze i strzeże od waśni i niezgody".

Polska międzywojenna wydała wielu znakomitych pedagogów. Ale chyba najbardziej oryginalnym, była matka Urszula. "Przyszłość narodu nie tyle w rękach polityków, ile w rękach matek spoczywa" - powtarzała. Nie mogło być inaczej - jej matkę, Józefinę z Salis-Zizers Ledóchowską, nazwano po śmierci "matką świętych". Ojciec, Antoni Ledóchowski, spadkobierca rodzinnej tradycji powstańczej, dostarczył wzoru wychowania patriotycznego. Matka Urszula wychowywała młodzież w taki sposób, aby w oparciu o niezmienne zasady religijne, jej wychowankowie potrafili przystosować się do zmiennych okoliczności życia. Obiektywna teoria, wysnuta z życia, spełniała rolę klucza mądrości.

Była prekursorką ruchu, który dzisiaj nosi miano wolontariatu. Sama nazywała ten ruch "apostolstwem powszechnym". Szła po prostu na spotkanie ze studentkami uniwersytetów i mówiła: "Nie zachęcam was do stanu zakonnego, ale pytam się, czy byście nie mogły dwa, trzy lata swej młodości poświęcić Bogu i Ojczyźnie". Jeśli młodzież męska odbywa przez dwa lata służbę wojskową, argumentowała matka Urszula, to młodzież żeńska może dwa lata przeznaczyć na służbę społeczną. "Dojrzejesz przy tej pracy, duch twój zmężnieje, urośniesz we własnych oczach, bo przekonasz się, że jesteś stworzona do czegoś wyższego, pożyteczniejszego..." - przekonywała, zawsze skutecznie.

Zdumiewające, że w pierwszych latach walki o Polskę niepodległą dominował kolor szary, dla świata - kolor ubóstwa, poniżenia i cierpienia; dla Polaków - kolor ofiary i nadziei. Polska miała to ogromne szczęście, że u zarania swojej niepodległości znalazła nie tylko synów, których zdobił "szary strój" piechoty, gotowych przelewać krew za ojczyznę, ale i córy w szarych habitach robotniczych, gotowe do wielkich wyrzeczeń jakich wymagała wówczas sprawa niepodległości. Kościół miał to ogromne szczęście, że znalazł w osobie Urszuli Ledóchowskiej jeszcze jeden przykład na ogromną żywotność katolicyzmu.

Tadeusz ROGOWSKI

 

 

NIEWIASTA STANU

W domu macierzystym urszulanek w Pniewach, można obejrzeć pokój, w którym mieszkała i pracowała św. Urszula Ledóchowska. Wśród wielu zgromadzonych tutaj pamiątek, zwracają uwagę wiszące na ścianie dyplomy nadania odznaczeń państwowych. W czasach, w których matka Urszula rozwijała swoją działalność dobroczynną, ordery posiadały należny prestiż, a osoby odznaczone cieszyły się szacunkiem współobywateli. Bardzo rygorystycznie przestrzegano zasad i kryteriów związanych z nadaniami. Nie było żadnych odstępstw, naginania przepisów, nie zdarzały się też pomyłki, czy haniebny proceder kupczenia orderami.

Urszula Ledóchowska była jedną z najbardziej uhonorowanych odznaczeniami państwowymi kobiet w II Rzeczypospolitej. W 1927 roku otrzymała Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski "za zasługi na polu narodowo-społecznym", w 1930 roku Krzyż Niepodległości "za pracę w dziele odzyskania niepodległości", a w 1937 roku Złoty Krzyż Zasługi za - jak napisano - "zasługi na polu pracy społecznej". Jedno z tych nadań wywołuje jednak pewne zdziwienie i zmusza do postawienia kilku pytań. Najważniejszym i najbardziej prestiżowym był Krzyż Niepodległości, nadawany tylko osobom które "zasłużyły się czynnie dla niepodległości Ojczyzny". Matka Urszula opiekowała się polskimi sierotami na obczyźnie, nie był to jednak formalny tytuł do przyznania Krzyża Niepodległości. Co zatem spowodowało, że władze państwowe zdecydowały o nadaniu jej tego zaszczytnego orderu? Czy Urszula Ledóchowska wykonywała jakąś nieznaną nam misję niepodległościową?

W czasie pierwszej wojny światowej areną najbardziej intensywnych dyplomatycznych zabiegów stały się państwa neutralne - głównie Szwajcaria i kraje skandynawskie. Tutaj krzyżowały się szlaki emisariuszy, tutaj nawiązywano tajne kontakty i prowadzono poufne rozmowy. W Szwecji azylem dla polskich emisariuszy stał się dom matki Urszuli, którą splot okoliczności, jaki nastąpił po wydaleniu jej z Rosji, przywiódł aż tutaj. "W skromnym saloniku matki, w dzielnicy willowej Djursholmie pod Sztokholmem, gromadziły się i krzyżowały ze wszystkich stron stosunki i wpływy polskie" - czytamy w jednej z relacji. Kiedy w 1915 roku z inicjatywy Henryka Sienkiewicza i Ignacego Paderewskiego powstał w Vevey, w Szwajcarii, Komitet Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, matka Urszula Ledóchowska bez wahania przyjęła propozycję reprezentowania go w krajach skandynawskich. Pod jej urokiem pozostawał Ignacy Daszyński, który po jakimś burzliwym zebraniu miał powiedzieć: "Nasza mateczka to jak Daniel w lwiej jamie - ułaskawia lwy".

Dlaczego zatem Paderewski i Daszyński, którzy sprawowali władzę w Polsce przed przewrotem majowym w 1926 roku, a nawet byli premierami, nie uhonorowali Urszuli Ledóchowskiej żadnym orderem? Dlaczego stało się to możliwe dopiero wtedy, gdy utracili wpływy, a nawet znaleźli się, tak jak Paderewski, w opozycji przeciwko Piłsudskiemu? Co spowodowało, że zapomnieli o jej zasługach ci, którzy znali ją osobiście z czasów wojny i deklarowali jej przyjaźń - Paderewski, Daszyński, a pamiętali ci, którzy jej wówczas nie spotkali i nie składali wyrazów przyjaźni - Piłsudski, Mościcki? Skąd wreszcie brał się ogromny szacunek dla matki Urszuli ze strony prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego, bardzo silnie związanego z obozem politycznym Piłsudskiego, który w wolnej już Polsce, kilkakrotnie przyjmował ją na audiencji, a w roku 1927 odwiedził dom macierzysty w Pniewach? Wszystkie te wydarzenia, zebrane razem, upoważniają do stwierdzenia, że Urszula Ledóchowska wykonała jakąś ważną misję, związaną z dyplomatycznymi zabiegami o niepodległość Polski. Ale jaką?

Wśród podejmowanych w Djursholmie gości byli także Michał Sokolnicki i August Zaleski, bliscy współpracownicy Józefa Piłsudskiego. Warto przypomnieć, że na początku wojny Legiony Polskie pod komendą Józefa Piłsudskiego walczyły po stronie państw centralnych, Niemiec i Austro-Węgier przeciwko państwom koalicji - Anglii, Francji, Rosji, później także Ameryce. Piłsudski nie miał jednak złudzeń, której stronie przypadnie ostateczne zwycięstwo.

Już w roku 1914 rozpoczyna intensywną akcję dyplomatyczną, ażeby - jak pisze Władysław Pobóg-Malinowski w "Najnowszej historii politycznej Polski" - wyjaśniać Anglikom i aliantom zachodnim, że polska akcja zbrojna skierowana jest tylko i wyłącznie przeciw Rosji. W tym celu wysyła do Londynu Augusta Zaleskiego. Ten ma trudności z dotarciem do Anglii i na kilka tygodni musi zatrzymać się w Sztokholmie, gdzie kilkakrotnie spotyka się z matką Urszulą. W 1916 roku Piłsudski dostrzega konieczność skoordynowania, rozproszonych po całym świecie wysiłków na rzecz niepodległości Polski. Miejscem spotkania polskich delegatów z Francji, Rosji, Anglii i Ameryki jest... ponownie Sztokholm. Pisze Pobóg-Malinowski: "Z polecenia Piłsudskiego, w maju 1916 udał się do Skandynawii Michał Sokolnicki, by w spotkaniach i rozmowach z działaczami z różnych stron ... uzgodnić akcję niepodległościową". Nietrudno odgadnąć, kto ponownie zaopiekuje się polskim emisariuszem. M. Sokolnicki tak wspomina matkę Urszulę i dom w Djursholmie: "Nikt z przejezdnych przez Sztokholm Polaków nie omieszkał złożyć tam swej czołobitności... Wszystkich przyjmowała z miłością i dobrocią, i z tym promieniejącym wyrazem otwartych, błękitnych swych oczu, któremu niepodobna było się nie poddać, nie zapamiętać". I kończy spostrzeżeniem: "W czasie, gdy matkę Julię poznałem, spalała się miłością dla Polski".

Jednak to nie wrodzona dobroć matki Urszuli przyczyniła się dla sprawy niepodległości, ale konkretne i zamierzone działania. Więcej światła na sprawę rzuca wydana w Londynie książka Jędrzeja Giertycha "Józef Piłsudski 1914-1919". Tutaj właśnie znajdujemy klucz i odpowiedź na wszystkie wcześniejsze pytania. "Parę tygodni, które Zaleski był zmuszony spędzić w Sztokholmie w oczekiwaniu na instrukcje od J. Piłsudskiego, wykorzystał on dla przygotowań swej misji londyńskiej. Tak się złożyło, że bawiła wtedy w Szwecji Matka Ledóchowska, siostra generała jezuitów, która była w dobrych stosunkach z Lady Izabellą Howard, żoną posła brytyjskiego w Sztokholmie... Lady Izabella dała Zaleskiemu szereg listów polecających do członków rodziny swego męża...". Dalej wymienia te osoby, które okazują się wybitnymi postaciami angielskiej polityki. Jest wśród nich Drummond, wybrany później na pierwszego sekretarza generalnego Ligi Narodów, poprzedniczki ONZ; Clerk, prowadzący sprawy polskie w Foreign Office - brytyjskim ministerstwie spraw zagranicznych; Whyte, który w roku 1918 został prezesem komisji spraw zagranicznych Izby Gmin. Ten ostatni umożliwił Zaleskiemu przedstawienie w Izbie Gmin sprawy polskiej.

Opisany łańcuch zdarzeń rozpoczął się od spotkania Augusta Zaleskiego z Urszulą Ledóchowska w Sztokholmie. Matka wykorzystała swoje towarzyskie koneksje do wyrobienia silnej pozycji A. Zaleskiemu w Londynie i uzyskania poparcia wpływowych osobistości angielskiego establishmentu. Jaki rezultat dała misja Zaleskiego? Powróćmy jeszcze raz do książki J. Giertycha: "Pod koniec wojny okazało się, że Józef Piłsudski w zupełności dotrzymał tego wszystkiego, co na wiosnę 1915 roku polecił Augustowi Zaleskiemu oświadczyć w Londynie. Rezultatem tego był niezawodnie fakt, że Wielka Brytania pierwsza uznała Niepodległość Państwa Polskiego i Józefa Piłsudskiego jako Naczelnika Państwa". Urszula Ledóchowska poważnie przyczyniła się do nawiązania dyplomatycznych kontaktów rządu Wielkiej Brytanii z obozem Józefa Piłsudskiego, co w rezultacie przyniosło uznanie Polski na arenie międzynarodowej.

Wyjaśnienia domaga się jeszcze jedna sprawa. Czy matka Urszula świadomie przyjęła na siebie rolę rzecznika sprawy polskiej, czy był to tylko przypadkowy splot okoliczności? Czy uczestnicząc w życiu politycznym wykazała cechy polityka, czy męża stanu? Chyba Winston Churchill powiedział, że "polityk to ktoś, kto myśli o następnych wyborach; mąż stanu to ktoś, kto myśli o następnych pokoleniach". Urszula Ledóchowska politykiem nie była, choć doceniała wagę działań politycznych, sama dystansowała się od polityki: "Ja się nie znam na polityce, to wiem, że ja potępiać nie mogę i podziwiać muszę to, co powstało ze szlachetnego porywu najczystszej miłości, to pewne". Jednak M. Sokolnicki w swoich wspomnieniach czyni następującą uwagę: "Matka Julia prowadziła rozległą korespondencję z ważnymi ludźmi z różnych stanowisk i stron. Jej wnikliwy umysł przenikał nawet splątane zagadki, jej gorące serce czuło niebezpieczeństwa i nieszczęścia z daleka". Pamiętamy przecież, że matka Urszula udzielała gościny wszystkim emisariuszom sprawy polskiej (w tym socjaliście Daszyńskiemu), ułatwiając im kontakty międzynarodowe, godząc zwaśnione strony, niestrudzenie orędując na rzecz niepodległości. Była ponad podziałami partyjnymi i doraźnymi sporami politycznymi. A to są już cechy męża, a raczej... niewiasty stanu.

Nie ulega wątpliwości, że Urszula Ledóchowska, w latach I wojny światowej wypełniała rolę nieformalnego ambasadora nieistniejącej jeszcze Polski. W odczycie zatytułowanym "Moja ojczyzna", wygłoszonym w 1920 roku, przemawia do Szwedów jak mąż stanu. "My jeszcze walczymy i cierpimy niezmiernie i wiem, że jeszcze i walczyć i cierpieć będziemy, lecz krew naszej młodzieży, krew naszych męczenników, która użyźniała naszą ziemię przez więcej niż 150 lat, która jeszcze strumieniami płynie - musi ściągnąć na naszą Ojczyznę błogosławieństwo nieba" - mówiła.

Jej przemówienie nie jest zwykłą apologią ojczyzny, podaną z polemicznym zacięciem. "Przez 150 lat robiono wszystko, aby nas rozdzielić i poróżnić wzajemnie, w każdej z naszych trzech części kraju - inny kierunek polityczny, inne prawa, inne rządy, zasady, szkoły, a mimo to, pomimo prześladowania religii, języka i narodowości - byliśmy i jesteśmy zawsze ściśle zjednoczeni, zjednoczeni węzłami miłości... Czyż można się dziwić, jeżeli tak po bratersku trochę się poczubimy? Czyż nie należałoby się raczej dziwić, że pozostaliśmy braćmi?". Śmiało zarysowuje przed audytorium program europejskiej solidarności z Polską: "Dziś cała Europa powinna być z nami, gdyż my bronimy Europę. Tak, przyjdzie dzień, że historia odda nam sprawiedliwość, kiedy zrozumie się, że Polska była wzniosłą w swoim zmartwychwstaniu, ale dla Europy byłoby lepiej, gdyby to teraz zrozumiała, gdyby swego poparcia nie odmawiała Polsce, która ją dzisiaj osłania i broni". I wreszcie, otwarcie wyjawia cel swojego odczytu: "Oto czego i ja pragnę, ale cóż mogę zrobić, ja słaba kobieta, dla mojej Ojczyzny? Zyskać dla niej sympatię, miłość, uznanie, zapewnić jej przyjaciół. Oto moje pragnienie i cel tej konferencji". Całe wystąpienie matki Urszuli, w niczym nie przypomina aktów strzelistych modlącej się zakonnicy - jest to raczej mowa strzelista na rzecz Polski i wyznanie miłości Ojczyzny - mowa godna największego męża stanu.

Na koniec powróćmy do wspomnień M. Sokolnickiego, historyka, wytrawnego polityka i dyplomaty. Znajdujemy tutaj poruszające świadectwo skuteczności zabiegów matki Urszuli: "Gdy któregoś dnia towarzyszyłem jej do jednego z miast prowincjonalnych, patrzyłem zdumiony na wychodzącą z odczytu publiczność, na kobiety i nawet mężczyzn - surowych, zamkniętych w sobie Szwedów - płaczących. Opowiadała im właśnie o losach dalekiej, od dawna im obcej Polski". Po czym dodaje: "Zawsze, gdy później myślałem o matce Julii Ledóchowskiej, zdawałem sobie sprawę, że znałem świętą".

Tadeusz ROGOWSKI

 

 

 

 

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.




Media parafialne

b nasze zycie

b telewizja duch

Media w diecezji

Dobre Media

Gość Niedzielny

b barka